
Jako zapalony podróżnik szybko odkryłem, że to może być równie uzależniające co najgorsze nałogi. Planowanie kolejnej wyprawy podnosi poziom adrenaliny, ale nie wszystkie punkty z listy marzeń okazują się warte zachodu. Niektóre atrakcje turystyczne to po prostu pułapki, a wielu z nas zrobiło je pod wpływem FOMO i później tego żałowało.
20 lat temu wsiadłem na słonia i od razu chciałem z niego zejść. Wyglądało to, jakby zwierzęta były źle traktowane — musiano je popychać, żeby szły. Bardzo tego żałuję i od tamtej pory unikam atrakcji związanych z wykorzystywaniem zwierząt.
Olbrzymi przepych i sztuczność — dla mnie większość „atrakcji” w Dubaju to nic wyjątkowego.
To było przygnębiające: kapibara kompletnie nie interesowała się otaczającymi ją ludźmi, a w lokalu roiło się od kotów. Zwierzę nie wychodzi z małej kawiarni i tak będzie całe życie. Myślałem, że może da się to zrobić etycznie, ale doświadczenie pokazało, że miejsca, w których można dotykać dzikie zwierzęta, rzadko dbają o ich dobrostan.
Zgodziłem się na rejs, bo mój ex zawsze chciał. Statek był ładny, jedzenie w porządku, ale przez tydzień czułem się jak w zatłoczonym centrum handlowym — wcale nie relaksujące.
Odwiedziłem to miejsce i niemal od razu poczułem, że coś jest nie w porządku: tygrysy były ospałe i pozowane do zdjęć w nienaturalny sposób. Później wyszło na jaw, że świątynia była zamieszana w nielegalny handel zwierząt — miejsce zamknięto w 2016 roku. Żałuję, że dałem im pieniądze.
Byłem młody i głupi, może lekko pijany. Nadal czuję się z tym źle. Teraz unikam wszelkich atrakcji z udziałem zwierząt.
To jeden z tych punktów, które ludzie długo polecają, a w rzeczywistości rozczarowuje. Reakcje turystów przy jego zobaczeniu bywają bezcenne.
Typowa turystyczna pułapka — nie dajcie się przekonać, że to coś wyjątkowego.
Trzeba być tam od południa, żeby złapać miejsce. Stanie przez wiele godzin, tłok, trudności z dostępem do toalety czy jedzenia — praktycznie żadnej przyjemności z tego nie miałem.
Zapłaciłem dodatkowo, by zobaczyć „ciekawostki” i spotkać najmniejszą osobę na świecie, która siedziała na piedestale i się uśmiechała. Poczucie winy jako „looky loo” (ktoś, kto w ciekawski sposób ogląda innych) ciągnęło się długo — nie to sobie wyobrażałem.
Zapłaciłem 90€ za 25 minut i żałowałem. Wszędzie był ruch, trasa nic specjalnego. Lepiej wziąć vaporetto wieczorem — znacznie tańsze i dużo przyjemniejsze.
Podróżowaliśmy kamperem i wszyscy nam mówili, że to „must-see”. W praktyce — przereklamowane, a zasłyszane historie o rzeczywistych granicach też nie pokrywały się z prawdą.
Próbowałem sashimi z fugu — ryba może być trująca, kucharz potrzebuje lat praktyki, by ją podawać. Smak? Przypominał rozgotowaną kałamarnicę. Ani warte stresu, ani pieniędzy.
Długi tłum i krótka chwila przy obrazie — często nie warto stać godzinami dla jednego małego eksponatu.
Poczucie wykorzystywania ludzi jako atrakcji turystycznej było silne — po wyjściu czułem dyskomfort i żal.
Planując wyjazd widzieliśmy wcześniej potwornie zmarzniętych uczestników wracających z takiego nurkowania. Nawet w siedmiu warstwach ciepłej odzieży pomyślałem tylko: anulujemy. To nie dla mnie.
Przesadny hałas, brud i ogólne poczucie obrzydzenia po kilku minutach spaceru — zupełnie nie moja bajka.
Byłem w kilkudziesięciu krajach, a Bali okazało się bardzo turystyczne, zaśmiecone i przereklamowane. Wolałbym wtedy odwiedzić inne miejsca w Indonezji.
Podczas wycieczki po Keys i Everglades zajrzeliśmy tam na jeden dzień — to była mieszanka najgorszych cech LA i Vegas. Nie podobało mi się ani trochę.
Cała wycieczka była fajna, ale fragment z fermentowanym rekinem smakował, jakby leżał na brudnej podłodze przez tydzień — nie najlepsze wspomnienie.
Monument był mocno rozczarowujący. Nie rozumiem, dlaczego ludzie nadal się na to łapią.
Wąska uliczka wciśnięta w tłum ludzi — wygląda dobrze na zdjęciach, ale w praktyce jest duszno i klaustrofobicznie.
Słynna syrenka okazuje się mała i często oblegana przez turystów — wiele osób wychodzi stamtąd zawiedzionych.
Wielokrotnie żałuję wizyty w nadmiernie zatłoczonych atrakcjach. Są jednak wyjątki — Machu Picchu mnie zachwyciło, bo ograniczają liczbę odwiedzających. Z kolei za słynnymi punktami w Kioto nie przepadam — tłum psuje klimat.
Byliśmy w Wailea i mieliśmy świetny czas na plaży, ale przekonano nas, że trzeba objechać wyspę. Trasa zajęła niemal cały dzień, wiele odcinków było niebezpiecznych i nużących — wolałbym to pominąć.
Antyclimaks — spodziewałem się czegoś bardziej imponującego, a miejsce okazało się naprawdę rozczarowujące.
To był najgorszy dzień urlopu: większość punktów gastronomicznych otwierała się dopiero trzy godziny po otwarciu parku, brak miejsc do siedzenia zmuszał ludzi do siadania na chodnikach, a w samym Nintendo Land były tłumy przekraczające możliwości atrakcji. Cały park sprawiał wrażenie, jakby dopiero otwarto go bez przygotowania na taką liczbę odwiedzających.
W niemal każdym mieście można natknąć się na wyrzeźbione dzieła — od skromnych figurek po…
Fani gatunku true crime lubią nieoczekiwane zwroty akcji. Historie, które zaraz przeczytasz, są jednak o…
Czy wiedziałeś, że szansa na uderzenie pioruna wynosi mniej niż jedna na milion? A wygrana…
Wpadka: dawni znajomi z liceum Obserwowałem spotkanie dwojga ze szkoły: ona przyszła elegancka i pełna…
Nawet najbardziej zahartowani użytkownicy mediów społecznościowych potrafią zostać zaskoczeni tym, co trafi im się w…
Nadchodzi moment, gdy brakuje narzędzi albo pieniędzy, żeby coś poprawnie naprawić — wtedy trzeba zdać…